• Wpisów:40
  • Średnio co: 97 dni
  • Ostatni wpis:9 lata temu, 19:41
  • Licznik odwiedzin:53 315 / 3984 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Po wszechobecnym "A gdy jest już ciemno" i innych, które wcale mnie nie przekonywały, odsłuchałam na last.fm "To długa rzeka". I... byłam zaskoczona. Pozytywnie!
Później było "W ciemną noc", które przesądziło o sprawie. I w czasie zamawiania "Ya!" Marquess, dorzuciłam jeszcze "Feel" Feel.
I o ile na Marquess się zawiodłam - tworzą w kółko to samo - o tyle podoba mi się Feel. Trudno ;-)
 

 
Wiecie... tam też tworzą indie. Indie rocka. Nawet tam.
Znam na razie dwie piosenki The Amsterdams i na razie bardzo mi się podobają. Są takie... inne. Niby zdarzało mi się już słuchać indie rocka, ale to jest coś innego.
Może dlatego, że panowie są z mojego ukochanego miasta, nie wiem.


Chcę jechać do Bydgoszczy pierwszego sierpnia. Na Adriankowe urodzinki, na koncert Yarabi. Mój pierwszy w życiu.
Nie wiem, na ile to wypali.

Mam singiel pana Godoja. Czeka na przesłuchanie i ewentualne wrzucenie na stojak i do listy. Tak, tak - wzięłam i przepisałam wszystko. Znaczy, nie wszystko, bo wyszło na to, że pomijałam przez jakiś czas kilka płyt, a właściwie co mi szkodzi się do nich przyznawać? No właśnie...
 

 
Od tamtego dnia obiecałam sobie, że wczesne śniadania (do godziny 10, jakby ktoś nie wiedział) będę jadać _tylko i wyłącznie_ przed telewizorem. Czemu? A temu, że wtedy puszczają dziwnych ludzi we włoskim radiu. Bardzo dziwnych.
Po raz kolejny zapisałam nazwę zespołu na marginesie krzyżówki, a potem zostawiłam ją... no właśnie, gdzie? Tego już nie wiem...
W każdym bądź razie, gdy udało mi się ustalić, że dARI to było to, co widziałam (a bez okularów niewiele widzę), wpadłam w fazę.
Najpierw na samo Wale (tanto wale).
Później okazało się, że mają jeszcze kilka świetnych piosenek. Obecnie moją ulubioną jest Tutto regolare, ot, co.


Pewne panienki wróciły. I co? PLONK! Jak ostatnio. Nie będę się z dziećmi patyczkować, ech.
 

 
Walter pojawił się w moim życiu niespodziewanie. Bo skąd ktoś miałby przypuszczać, że na Gay.tv trafi się taka muzyka?
Od razu wzbudził moje zainteresowanie. W końcu jest Włochem, a jak na Włocha przystało, ma w sobie to coś. I, tak jak większość Włochów, potrafi śpiewać.
Wiem, że odkryciem jego powinnam pochwalić się już jakiś czas temu, ale nikt by mi nie uwierzył, że z własnej woli słucham czegoś cięższego od popu.

Standby bardzo mi się podoba, choć szczerze, to niewiele rozumiem. Minęło długo czasu od ostatniej fazy na język włoski i pewne fakty pozanikały. Trudno.

I tak, w ciągu następnych kilku dni muszę napisać o jeszcze kilku innych fazkach, które były ostatnio. Nie wyłączając wczorajszego słuchania Akcent przy graniu w Warblade...
 

 
Tak powinno być. Po meczu emocje powinny opaść, życie powinno wrócić do normy.
Ech... to tylko piłka, na miłość boską.
Ale tak, jestem dziewczyną, mogę tego nie rozumieć.


A o nastrojach po ostatnim weekendzie muszę napisać gdzieś indziej. Zbyt wiele rzeczy wydarzyło się, by wrzucać je na bloga z muzyką.

W każdym bądź razie - panowie z Yarabi mają nową piosenkę, która nawet miała premierę w jakimś ichnim programie w TV. Uwaga, standardzik - dowiedziałam się tydzień po fakcie. I od piątku poluję na wersję mp3, nikt się zlitować nie chce. Trudno. Będę oglądać na Youtube.
To jest tak, jakby u nich się nic nie działo. Jakby nie jeździli po naszych polskich małych miasteczkach (czy wsiach?). Brzmi to tak, jakby ta piosenka po prostu nie trafiła na debiutancki album, bo cośtam, ale wciąż jest utrzymana w takiej konwencji.
Także nic, czekam na resztę piosenek. Bo Adrian, kupę czasu temu obiecał, że będzie wolna piosenka (no, uznajmy za taką Colors, niech będzie) i jakaś jedna w stylu reggae. Będzie brzmiało ciekawie.

A moich zamówionych niemieckich płyt nie ma. I znów będę latać po różnych serwisach w poszukiwaniu dwóch albumów Sakisa Rouvasa, dwóch Tose Proeskiego i jednego Taxi.
Albo zjeżdżę pół Europy.
 

 
Nie potrafię wyjaśnić dlaczego jak ognia unikam słuchania ludzi, o których piszą na przykład na Pudelku. Nie wiem, czemu nie podobają mi się ogromne ilości piosenek, które są wszechobecne w radiu i telewizji.
I naprawdę nie umiem wytłumaczyć, czemu nie słucham kobiet.

Za to świetnie sobie radzę z wynajdowaniem dziwnych piosenek niewiadomego pochodzenia.
Tak, jak tym razem - znów z nudów oglądałam irańską telewizję muzyczną. Cuda można tam zobaczyć.
A oni nazwali się 0098. Tak, to jest kierunkowy do Iranu. I mają... dziwną piosenkę, od ponad roku w sieci, choć to nie ma znaczenia.
Nie pamiętam, skąd ściągnęli jeden motyw, ale tam pasuje. I nie mam pojęcia, o czym śpiewają. Nie znam ani słowa po irańsku.
Wiem jedno: Rene jest ładny.
 

 
Od kilkunastu godzin myśli skupione wokół jednej wiadomości: Dima Bilan wygrał tegoroczną Eurowizję.
Stawiałam na niego w momencie, gdy pierwszy raz usłyszałam "Believe", bo to jedna z najpiękniejszych piosenek, jakie znam.
Byłam niemal pewna, że wygra, gdy zobaczyłam klip i jego przyjaciół, którzy mieli mu pomóc.
Ani na chwilę nie zwątpiłam w to, że zajmie pierwsze miejsce, gdy tylko przeszedł do finału.
On sam twierdził, że pojechał do Belgradu by wygrać. Ludzie uważali, że jest zarozumiały; on był zwyczajnie realistą.

Owszem, wpływ na to, że zdobył 272 punktów miała polityka i głosowanie po sąsiedzku, ale... czy gdyby wprowadzono system 50/50, gdzie połowa głosów byłaby z krajów, a połowa z powołanego jury, to by nie wygrał? Miał przecież naprawdę wspaniały utwór.

A już 29 czerwca wystąpi w Warszawie - nie mogę się doczekać!
 

 
W momencie, gdy nie mam na nic ochoty, także do słuchania, przydaje się posiadanie dwóch równie genialnych płyt: "Mind fields" i "N3XT". Nie pamiętam, czy kiedykolwiek wcześniej zdarzyły się w mojej kolekcji takie albumy - utrzymane w podobnym klimacie, stworzone przez tych samych artystów, a jednak diametralnie różnie.
"Ezayem" jest... wciągające. Ale trzeba się wsłuchać, to nie jest piosenka, która może sobie lecieć w tle. Samo przeczytanie tytułu jest świetną zabawą - potwierdza to tylko moje przekonanie o tym, z jak genialnymi ludźmi mam styczność.
 

 
Właściwie, ten-tego, od dawna szukam miejsca, gdzie mogłabym o tym pisać. Padło na tego pingera, nie wiem czemu.

Ostatnio poznanym muzykiem jest Андрей Губин. (Przy okazji zrobię test kodowania i cyrylicy. A co tam...) Już jakiś czas temu widziałam jego "Солнышко" na RuTV czy Music Box Ru, ale wtedy nie brzmiało to tak przekonująco. Dziś, bardziej z ciekawości, niż z czegokolwiek innego, zagłębiłam się bardziej w jego twórczości. Z dość - na razie - mizernym skutkiem, bo coś nie styka, ale to rozpracuję jutro. Trafił na empetróchę i niech się cieszy. Jeśli to prawda, co piszą o nim na rosyjskiej wikipedii, to naprawdę ma szczęście, że zwróciłam na niego uwagę pomimo jego wieku. Wszak rocznik 1974 jest poniżej mojego grona zainteresowań...

Pewnie cofnę się trochę i dorzucę coś na temat "Umbrela ta" czy "В клубе". Dobrze, że w ogóle wróciłam...
 

 
[Od dzisiaj w nieco zmienionej formie. I w ogóle.]


Lubię te wieczory, które się ciągną, zdaje się, w nieskończoność, a potem nagle jest późno.
Lubię słyszeć, mimo słuchawek, jak podnosi się z łóżka, odkłada gitarę (brzdęk!) i podchodzi do mnie. Kładzie rękę na mojej dłoni, którą trzymam myszkę i szepcze do ucha, że powinnam już kończyć.
W zależności od tego, jak bardzo jest późno i jaki jest to dzień tygodnia, słucham go od razu lub dopiero po chwili. Czasem, gdy w ogóle nie reaguję, zsuwa mi słuchawki na szyję i zadaje jedno z tych Pytań.
Pytań, na które by odpowiedzieć potrzeba wyrwać się z rozmyślań, zejść na ziemię i poszukać odpowiedzi w książkach z mojej biblioteczki.
Pyta, na przykład, jak dokładnie zginął Valentine. Pyta, ile lat ma Christopher Chant w "Magicznej mieszance". Pyta, co mają wspólnego zęby z Wiedźmikołajem.
A ja to wszystko wiem.
Teraz już wiem, bo takich wieczorów było sporo.


Wrócę do ali. Do coli nie.
A tu... okazjonalnie.
Po naszemu.
Z pewnymi elementami...
 

 
Może i kpimy z komercji i bojkotujemy wszelkie przejawy robienia czegoś, "bo wszyscy tak robią", może i nie przepadamy za różem w pewnych ilościach i może czwartek nie jest najlepszym dniem do oglądania filmów.
Może, ale dlaczego mielibyśmy nie obchodzić Walentynek, jako święta zakochanych i wariatów, czyli takich świrów jak my?
Oto jest pytanie.


Znów tajemniczo się uśmiecha, a ja wiem, po co wyszedł. Znowu buszował po Internecie w poszukiwaniu niebagatelnego prezentu, tak jak i ja. Znów chce mnie czymś zaskoczyć, a ja znów chcę zrobić coś śmiałego i niespodziewanego.
Robimy sobie niespodziewanki...


Nie mogę się doczekać wyjazdu.
Będziesz moim przewodnikiem, skarbie? ^^
 

 
Było dobrze. Tak długo było dobrze. A teraz co?...
Tak po prostu koniec?
Nie, że po prostu - że od jakiegoś czasu, że to, że tamto.
I... chciałam pomóc. Naprawdę.
Oboje chcieliśmy, może nadal chcemy.
Bo to nie może być tak, że teraz tylko my oglądamy DDT z bananem na ustach, bo wiemy, co się działo. Nie. Tak nie może być.


A w ogóle to dawno nigdzie nic nie pisałam. To nie kwestia odpoczynku, to kwestia zebrania się w sobie i napisania tego wszystkiego... choćbym miała żałować.


Na koncercie nie byłam. Bardzo żałuję. I nie pocieszają mnie gadki w stylu "tak miało być". Chciałam wreszcie mieć autograf.
I poznać kogoś. Porozmawiać, choćby przez chwilę.
Na niektóre rzeczy nie mam wpływu.


"Nie zazdrość im".
Och.
Ja nie mam czego.
(Chyba dobrze, że tego nie powiedziałam...)
Mamy siebie i świat do zdobycia. Mamy plany i marzenia i ręce razem splecione.

A teraz pójdę do niego spać. Ot, co.
  • awatar Gość: what about viola villas? bo zycie ma sens tylko wtedy gdy ma się dla kogo życ;) !!!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Kalendarzy wyrysowany na geografii w kołonotatniku Liebe. Pozaznaczane w nim ważne daty w styczniu, lutym i marcu, jak kolejne dni ferii, KONCERT AKCENT, Walentynki czy Wielkanoc. Grubymi liniami wykreślone daty wyjazdu i powrotu, kreski oznaczające spanie w Bukareszcie i kółeczka - dni spędzane we dwoje.
Wokół żółtoszara ramka w błyskawice, wyjaśnienie budowy folderów na mojej empetrójce, współrzędne jakiejś wioski, słówka z rumuńskiego i kilka podejrzanych liczb.
Typowa strona mojego notatnika.

Noszę go tylko w domu.
Nie chcę niepotrzebnych pytań. Jeszcze nie.
I nie chcę go zgubić. A w szkole jest to możliwe.

I oglądam mój ukochany serial. Przez ukochaną telewizję satelitarną. I skaczę po rosyjskich i włoskich kanałach muzycznych i poznaję fajne ciacha. Ot, co.
Wspólny weekend? Czemu nie.
 

 
Nie.
Nie, nie, nie, nie, nie.
NIE!
Ja się nie zgadzam.
To się nie może tak skończyć. To... niemożliwe. To niedopuszczalne. To nie tak ma być!
Wgryzam się wściekle w kolejną Maltankę i kombinuję. Nie, żebym była ludojadem - Maltanki można kupić na terenie całego kraju, to pyszne herbatniki w czekoladopodobnej polewie.
Kombinuję, bo innego wyjścia nie widzę.
JAK MOŻNA W TAKIM PRZYPADKU POWIEDZIEĆ "NIE"?!
No jak?!
Jak, pytam się?!
Przecież...
przecież nie jedziemy na miesiąc. Przecież nie wyjeżdżamy nawet z kraju! Przecież nie jedziemy nigdzie żadnym podejrzanym busem i nie zatrzymujemy się w jakimś mrocznym hotelu.
To tylko 344 kilometrów w jedną stronę. I nieco ponad 25 godzin poza domem. I JEDYNA, NIEPOWTARZALNA OKAZJA znów bycia na ICH koncercie.

Bo dla takiej atmosfery jestem gotowa jechać do Kalisza, a co. Mogę nawet słuchać muzyki wykonawców, których nie lubię/nie znam. Mogę zapłacić za bilet 90zł tylko po to, by ich zobaczyć Z NAPRAWDĘ BLISKA.

Cholera jasna.

Załamię się, jeśli ona nie pojedzie.
Jest dla mnie... jak siostra. A może nawet nieco bliższa. Jak bratnia dusza. Jedyna osoba płci żeńskiej, która mnie rozumie... w większości momentów. Jedyna osoba, która wie, kim są ci wszyscy goście, z którymi szaleję i która wie, dlaczego akurat oni.

A ja muszę sprawić, żeby jednak ze mną pojechała... MUSZĘ!
Nie dam się.
 

 
Ból, ból, ból.
I to taki, że nie możesz się ruszyć i modlisz się, żeby zniknął. Dawno nic mnie tak bardzo nie bolało, a ja nie spodziewałam się aż tak mocnego bólu. Z tego powodu mój dzisiejszy dzień został skreślony, pomięty i wrzucony do worka "do spalenia". Mnóstwo spraw miałam załatwić, ale w moim obecnym stanie jest to absolutnie niemożliwe.
Jak dobrze, że są na tym świecie wyrozumiałe istotki, które wiedzą, że jak mnie boli, to trzeba mi przyjeść herbaty, tabletek na ten specyficzny ból i mnóstwa czekolady.
Bo w "te" dni mam niepohamowany na nią apetyt i... naprawdę się nie hamuję co do ilości, którą spożywam. Jedynym ograniczeniem jest to, ile znajdę czekolady w całym domu, bo na powietrze się nie ruszam.

Ktoś bez powodu jest dla mnie nie miły. To znaczy - ja myślę, że nie ma powodu, bo nie zachowałam się źle. Delikatniej czegoś wytłumaczyć się nie dało, ale wg. mnie naprawdę nie ma sprawy. Hm, następnym razem nie dam się męczyć. Mam ważniejsze sprawy na głowie, niż walnięte laski, które leczą kompleksy w Internecie dzięki anonimowości i potędze gadu-gadu.

Znajdzie się chętna osoba do kupienia mi płyty Paolo Nutiniego? Tak ładnie proszę...
  • awatar cherry: Tak bardzo bym chciała być powodem uśmiechu... Noo, ten. Nie wiem, co powiedzieć, o.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Przebimbane przedpołudnie. Bite 15 minut w kuchni, tylko po to, by zjeść razem późne śniadanie. Nie narzekam - ja tylko stwierdzam fakty.
Och, nie było mnie tu trochę i już pojawiły się jakieś komentarze. Ekhem - nie, nie dodam żadnych fotek, bo JA nie dodaję. Takie zboczenie, bo te, które robię, nie są ładne, a cudzych nie wolno bez zgody autora.
A za życzenia dziękuję.

Święta minęły... na pewno nie spokojnie. Ale też nie była to gorączkowa, napięta atmosfera. Nie. Było tak... średnio. Był czas, by się położyć czy przytulić, bo był spokój, ale był czas, gdy trzeba było iść na mrozie gdzieś-tam.
Prezenty mi się podobają - a to wcale nie tak często się zdarza. Okej, może bluzę nie będę nosić non-stop, bo nie jest podobna do mojej ukochanej szarej rozpinanej z kapturem, ale słodycze zamierzam zjeść całe. Hm, teraz niewiele mi ich zostało.
Potem była ta druga wigilia i jeszcze ta trzecia. Wymiana przebiegła pomyślnie: moje DVD z koncertu zostało zamienione na puzzle i autograf, a nikt się tego nie spodziewał. Tygryska układam na stole (65% ułożone, tak mniej-więcej), a autograf wisi na lustrze.

Teraz tylko trwają przygotowania do Sylwestra. Bo gdzie, jak nie u mnie, będzie wyprawiany? No właśnie.
I na tą okazję przybędą nowe głośniki. I zrobimy koreczki. I w ogóle, to zorganizujemy to tak, że ja właściwie zrobię niewiele, a stół (prawie szwedzki) będzie i tak zastawiony. I będzie dużo miejsca do tańczenia - jak impreza, to impreza.
Pomęczę ich DVD z klipami Voltaja i piosenkami Yarabi, co tam. Raz się żyje, a one muszą spróbować czegoś nowego. Tylko zastanawiam się dalej nad listą gości - przyjście nieodpowiednich osób zagwarantuje mi noworoczną awanturę. A do tego nie mogę doprowadzić.
 

 
Jest... kochany.
Słodki.
Ładny.
Przystojny.
Utalentowany.
I mój.

Tak... bywa.
Z jednej strony jest ta twarz, z którą i o której rozmawiają wszyscy wokół niego. Z drugiej jest ten wrażliwy człowiek, który mówi mi coś kompletnie innego od tego, co mówi publiczna twarz.
Któraś nie jest prawdziwa?

Zaczął po mnie przychodzić po spotkaniach. Miło jest chwycić kogoś pod ramię i przespacerować się, rozmawiając. Miło jest wyjaśnić sobie spokojnie kila spraw i doczepić się, że "milion miles" brzmi jak "Mickey Mouse". Ale to szczegóły.
  • awatar Gość: uh znam to..moja druga połówka..jakże podobna..czsem mnie to dobija kompletnie i nie wiem co mam juz robic..ale bywa tak sloda gdy jestesmy same, ze nie potrafie sie jej oprzec..
  • awatar Gość: feliz navidad , prospero ańo;
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Połykam je bez problemów. To jak zbieranie czegoś codziennie, tyle że bardziej... długoterminowe. Bo jedzenie książek jest z natury bardzo proste.
Wszystko się komplikuje, gdy czytamy po raz kolejny tytuł i autora.
I wymiotować mi się chce, gdy próbuję odgrzać to ciężkie danie, jakim jest "Quo vadis" Sienkiewicza. To jak kotlet sprzed wczoraj - nic, tylko oddać... komuś. Albo czemuś.
Wyrafinowana tortura, zadawanie do czytania takich książek. Ludziom, którzy mają albo rozległą wyobraźnię albo taką bardzo ograniczoną. Bardzo wyrafinowana tortura, a to tylko wstęp do całej sesji ataków i mąk. Czeka mnie jeszcze omawianie lektury. I sprawdziany - co najmniej dwa, jeden ze znajomości tego, co teoretycznie powinnam była dawno przeczytać, drugi po przerobieniu tego wszystkiego. Płakać mi się chce. Nie mam ochoty zmierzać się z tą książką, niech sobie leży na półce, wśród "Krzyżaków", "Kłamczuchy" i encyklopedii, której nigdy nie lubiłam. Tak, bo mój egzemplarz "Quo vadis", który właściwie jest mojej mamy, trafił na półkę do książek, których nie trawię.
Dosłownie i w przenośni.

Powinnam wrócić na Ikarię, napisać ze trzy notki i wtedy poczuję się lepiej.
Za dużo rzeczy nastąpiło po sobie, by ogarnąć to w... iluś tam znakach, które mogę tu napisać.
A mogę pisać godzinami.
Bo po klawiaturze łatwiej. Na granicy odruchów bezwarunkowych i odrobiny myślenia. Gdy myśli przemykają ci przez głowę, a palce posłusznie je zapisują. Całkowicie cyfrowo.
No i nikt się nie czepia pisma. Nikt, nigdy. Tylko ja się czepiam ortografii i fAlKi, jak ktoś już się odważy tak napisać w mojej obecności.
Za to, gry piszę analogowo, mogę spotkać się z kpiną. Z delikatnym, nieco ironicznym pytaniem, "co tam właściwie pisze?". Nie CO pisze, tylko KTO. I nie PISZE, a NAPISAŁ. Właściwie NAPISAŁA.

Kolejny kubek herbaty.
Znów dzika róża z maliną i dwie łyżki cukru.
Mogę do tego wrócić i znów poczuć się w pełni chorą.
Będę jechać na lekach, ale nigdy więcej się nie zwolnię.
Nigdy.
Nie
 

 
Ja...
Nie wiem, co mam zrobić. I co mam myśleć.
Od tabletek przeciwbólowych huczy mi w uszach, ale bez nich byłabym nie do życia - ot, taka jęcząca kupka w piżamie.
Zapisana notka z 30.11. czeka cierpliwie na edycję i dokończenie. A ja nie wiem, o czym mam napisać... bo wyjdzie na to, że powstanie wpis, który mówi o rzeczach, które się jeszcze nie wydarzyły. Ot, co.

Muszę przepisać sporo lekcji. I nauczyć się na sprawdziany - na różne poprawki i zaliczenia. Ech. A nie chce mi się strasznie. Potrzebuję wsparcia! Teraz, już. Kogoś, kto przyjdzie i powie, że jakoś dam radę. Kogoś, kto zatemperuje mi ołówki myśli i znajdzie kartkę pomysłów. Kto zapali lampę oświecenia i jasności myśli. Kto robi dobrą herbatę pracowitości.
Kto po skończonej pracy zabierze mnie na chwilę relaksu palcem po mapie Europy.

Oj, oj.
Powinnam założyć oddzielny dziennik do plemion. Tylko, że zawierałby wpisy z liczbą punktów i plany podboju innych wiosek. I kalendarze, jak ten w Notatniku google - "jutro Cegielnia, pojutrze Huta żelaza, jak się da, to Mur" wraz z didaskaliami na temat tego, który to poziom właśnie rozbudowuję.

Pan Adrian, który jest maskotką akcji Pogrzej Misia, dostał szalik. Taki niebiesko-brązowy, średniej długości. Do wiązania na szyi albo w pasie. Pan Adrian swoje imię otrzymał nie przypadkiem. I nie odnośnie do pana Adriana "Filipa" Filipidescu, wcale nie. Inspiracją była postać Adriana Claudiu Sany, zwanego King of Disco and God of Sex. Nie będę wnikać, ile w tym prawdy. Grunt, że misio grzeje.

Zamiziałabym go na śmierć, gdyby nie był silniejszy. A tak to po wesołym gilgotaniu i mizianiu potrafi mnie złapać, tak, że nie mogę się ruszyć i powiedzieć stanowczo, że pora wstać. Albo zasnąć. Albo chociaż nakarmić kota, który drapie we framugę drzwi. Zawsze to robi - żeby zwrócić na siebie naszą uwagę.
Rozkoszny jest. Kotek, znaczy się.
 

 
Wiesz, co to znaczy, że tylko my rozumiemy to, o czym śpiewamy i z czego się śmiejemy?
Właściwie, mógłbyś po mnie przychodzić do szkoły. Tylko co znajomi by powiedzieli na obie wersje "Lo siento y adios"? Chociaż tak, wiem, że ty nie przejmujesz się tak jak ja tym, co inni mówią. Ty, jak nikt wkoło, doceniasz książki z mojej biblioteczki i też zachwycasz się moim kubkiem po raz kolejny.
Dziwnie się czuję w takiej społeczności zajętej swoimi specyficznymi problemami. Potrzebuję odpoczynku, jak najszybciej. I mogę z tą potrzebą poczekać, byle nie długo. Bo... chciałabym znów znaleźć się w kraju, który kocham za to, że w ogóle jest na mapie świata i za to, że tam rodzą się i dorastają utalentowani ludzie, którzy śpiewając robią to, co kochają.

I chciałabym nie marznąć. Nie trząść się z zimna i nie nosić dwóch par skarpet i dwóch bluz. Bo herbatę i tak będę pić w nienormalnych ilościach, bo mam przecież świetny kubek z łyżeczką.
Pomysłów dalej brak. Ale chyba wrócę do pisania na alzanii swoich snów. Tych normalnych też.
Nie mam ochoty płakać, ale skakać z radości też nie. Zbyt wiele niemiłych chwili miesza się z tymi małymi, codziennymi sukcesami. A obowiązki znów mnie przytłaczają i robię rzeczy, do których się nie przyznaję.

Ja tu nie jestem dla innych ludzi, a dla siebie. Choćby nie wiem co miało się dziać...
 

 
Znów wróciłam do słuchania tej piosenki. Tej jednej, która jest taka smutna, a mimo to poprawia mi humor i uspokaja. Podziwiam go jako artystę - potrafi naprawdę dużo zdziałać swoimi piosenkami w moim życiu. Będę się dalej narkotyzować "Iubirea ca un drog", aż dojdę w swoim życiu do takiej sytuacji, żebym mogła się z nim utożsamić.
A w ogóle to nikt o mnie nie dba i nikt się mną nie przejmuje. Nie mówię o rodzinie, tylko o przyjaciołach. Oni przecież dobrze wiedzą, kiedy mnie nie ma w szkole, bo chodzą do tej samej klasy, ale nawet nie kwapią się wysłać mi lekcje. Ech. Znowu będę się usprawiedliwiać braniem leków i chorobą żołądka.
Po antybiotykach niby nic mi nie jest - wszystko już w porządku i tak dalej. Ale branie antybiotyków oznacza brak flory bakteryjnej, która chroni przed drobnoustrojami i... muszę się bronić sama. Przecież nie chcę być chora. Chyba.

Frustrująca jest pustka w głowie, gdy siedzisz nad kartką i próbujesz coś spłodzić. Frustruje mnie to, że nie mam żadnych pomysłów, a obiecałam nowy szablon na 15.12. dla samej siebie.
Spróbuję stworzyć coś ot, tak, a potem poprawiać, poprawiać, zmieniać i jeszcze raz poprawiać, aż mi obrzydnie i wpadnę na coś ciekawego do zrealizowania.

Czeka mnie praca klasowa z chemii. I pewnie masa kartkówek. I wywoływań do odpowiedzi. Boję się tego wszystkiego, że nie dam rady. A przecież... muszę się jeszcze uczyć do testów, bo próbne okazały się porażką. Szczerze? Liczyłam na większą ilość punktów, konkretnie o 10.

Podbijanie wiosek jest fajne. Rozwijające.
Ale nic nie może się równać przyjemności bycia najlepszym w plemieniu. Ot, co.
  • awatar Gość: Yo prefiero Espania; pero i tak dodanaś do znajomych jako narazie najnormalniejszy pinger aqui,pzdr
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Urodziny Pipola - zaliczone.
I nawet nie żałuję tej gry w remika czy w wojnę. A plansza z pionkami...! Pierwsza klasa. Wiem tylko, że znowu zjadłam za dużo. Trudno. Miło było się spotkać i pogadać. O wszystkim i o niczym, o tym, jacy inni są.
Film też był niezły, choć tylko mnie tak poruszył. Jak zawsze.

Nowe forum i nowe znajome. Dziwnie się tam czuję, bo mam inne zdanie i maniakalnie poprawiam innych. Tylko, że ja wiem, kiedy mam rację.
Nie chcę się zakładać z Veetoldem - bo wiem, że przegram. Mimo tego, że po raz pierwszy w życiu podbijam jakąś wioskę. Tak, uzależniłam się od plemion.

Czeka mnie całkiem miła noc. Z misiami, Ionutem i Adrianem. Z kubkiem herbaty. Z dużą ilością miziania i łaskotania.
Miło znów widzieć Cię w domu. Serio. Tęskniłam, wiesz? Bardzo.
 

 
Miałam być na konkursie. Nie poszłam, bo się źle czułam, a godzina rozpoczęcia się zmieniła. Zamiast tego zostałam tutaj. I od samego rana udzielam się ponad miarę w klubach na epulsie w których mnie chcieli.
Nie mam żadnych pomysłów na nowe szablony, a aden.mylog.pl świeci pustkami. Źle mi z tym.
I powinnam napisać nową notkę na colixcie. Wszak ostatnia była 1 listopada...
Chciałabym zjeść coś dobrego, a na obiad czeka mnie to samo, co wczoraj. Mam ochotę na rybę w cieście z sosem i ryżem. Do tego lekka sałatka z ogórka, papryki i sałaty lodowej w sosie sałatkowym... Wynajmę do przyrządzenia.

Udawanie kogoś, kim nie jestem, wychodzi mi coraz lepiej. Może... może spotkałabym w ten sposób kogoś ciekawego? Może dowiem się, że takich ludzi, jakich lubię, jest więcej?
Nie wiem.
Brakuje mi odrobiny czułości.
Chociaż czy za czuły znak nie można uznać misia w prezencie?

Czemu on wie, jak mnie podejść? ^^
 

 
Ten, tego, no. Nie wiem, co znowu mi odbiło, ale mam dziwną tendencję do sprawdzania wszystkiego, co znajdzie się w mojej skrzynce. I tak o to jestem.
Poza tym, choruję. Kolejny, kolejny tydzień. Od poniedziałku jestem na antybiotyku i od wczoraj mi nie pomaga. Ha, bo jestem uczulona na szkołę - innego rozwiązania nie widzę...
Trzeba się zająć tym miniblogiem i choć wiem, że nie będę tu pisać regularnie - nigdzie nie piszę - to podstawowe dane muszą być. A co!

Nie mogę znaleźć mojej mp3. Doprawdy, nie wiem, co się z nią stało po wczorajszym spacerze. Mam nadzieję, że nie zgubiłam jej po drodze do domu - byłoby fatalnie...
Przydałoby się zakańczać tu notki z liczbą pozostałych znaków podzielną przez trzy.
O, tak właśnie.