• Wpisów: 40
  • Średnio co: 97 dni
  • Ostatni wpis: 9 lat temu, 19:41
  • Licznik odwiedzin: 53 314 / 3984 dni
 
aden
 
W piątek, 24 kwietnia, odbyła się w Łodzi gala Eska Music Awards 2009. Oczywiście, że tam byłam, bo o tym wydarzeniu dowiedziałam się sporo wcześniej. Ale o mały włos by mnie tam zabrakło... (moja wieczna wdzięczność dla pewnej osoby jest przeogromna), lecz ja nie o tym chciałam. Nie tutaj.

Z Bytowa do Łodzi jest dobre 380 kilometrów, wg Google Earth. Na polskich drogach jest to odległość tuż przy progu masochistycznego bólu. Ale to nieważne; zwolniłam się kulturalnie z PO, zapakowałam najpotrzebniejsze rzeczy (w tym cztery obowiązkowe płyty: "N3XT" Morandi, "Fara Lacrimi" i "King of Disco" Akcent i "Set your body free" Danny'ego) i ruszyliśmy. My, bo jak zwykle wyjechałam z tatą - mnie samej nikt by nie puścił. Ma to pewnie związek z tym, że bywam nieobliczalna.

Pominę momenty parkowania w Łodzi, kupowania biletów i jazdy do hotelu. Zbyt wiele przekleństw, niewiele faktów. Istotne jest tylko to, że byłam zmuszona przebrać się w samochodzie, ale... co tam ;)

Do środka Hali Sportowej dostaliśmy się około 19:30. Na mnie, która lubi duże przestrzenie, kolory, światła i kosmiczne niesamowitości, wnętrze i scena zrobiły piorunujące wrażenie.
Szybko zajęliśmy dość dobre miejsce po lewej stronie od sceny. (Z naszego punktu widzenia była to prawa strona, co doprowadziło do kilku małych nieporozumień...) I czekaliśmy. Poznaliśmy kilku ludzi wokół nas - oczywiście, nie wiem ile razy nasłuchałam się, że jesteśmy tu przeze mnie i dla takich tam zespołów... Nieważne.
A potem był już tylko huk.

Ciężko mi określić, co się dokładnie działo. Takiej mieszaniny ekstazy, fascynacji, dumy i szaleństwa nie przeżyłam jeszcze nigdy. Nie chcę myśleć, co by było, gdybyśmy stali dokładnie POD sceną i gdyby moja prawa kostka nie była skręcona. To byłby kompletny chaos.

Baardzo szybko okazało się, że z naszego punktu nie widać dokładnie, co się dzieje i że... te barierki, o które się opieraliśmy, tak naprawdę odgradzały nas od gwiazd, które schodziły ze sceny.
Tak więc udało nam się ich wszystkich obejrzeć, każdego prowadzącego, każdy zespół, wszystkich wokalistów. I wiemy już, kto jest całkiem fajnym i sympatycznym artystą i chętnie rozdaje autografy i piątki (jak Danny ^^), a kto kryje się i udaje, że nikogo wokół nie widzi. Przykro tylko, że takie wielkie mniemanie o sobie mają na ogół polskie "gwiazdy". Cóż, trudno.
Bardzo fajna pani koło nas, która przyszła z dwiema córkami, polowała razem z nimi na autografy. W skutek czego, większość moich kochanych ciach (Akcent, Morandi, Danny, Ola i tak dalej) zatrzymywali się jakieś... 0,5m ode mnie. Ekstaza, ekstaza, ekstaza to mało powiedziane. Człowiek aż nie wierzy, że to się dzieje naprawdę.

Byłam po tym w takim szoku, że nie potrafiłam stwierdzić, KTO tak naprawdę CO wygrał. Szał robi swoje.

A teraz jestem znowu tu, przed swoim komputerem. Jeszcze tylko odpowiem kilku osobom na pytanie "jak było?" i wszyscy wokół zapomną. Przecież to nie było wydarzenie na miarę koncertu Sabatonu, o którym bro i tata co chwilę przypominają.
I życie wokół będzie toczyło się dalej, ale nie dla mnie. Moje wkroczyło na nowe tory.

Ekhem. Pozory mylą.

Nie możesz dodać komentarza.